Od dobrych kil­ku lat zasta­na­wiam się: „ I po co się tak męczyć?” . Oka­zu­je się jed­nak, że nie jestem sam w całym tym sza­leń­stwie, bo wokół mnie jest peł­no takich rów­nie zdro­wo postrze­lo­nych waria­tów. Jedy­ne co nas wyróż­nia pośród innych toto, że w dzi­siej­szych cza­sach jeste­śmy tro­chę bar­dziej zabie­ga­ni, bo o bie­ga­niu jest wła­śnie mowa. Tak napraw­dę nie wiem co bar­dziej mnie urze­ka w tej for­mie aktyw­no­ści: sam bieg, wysi­łek mu towa­rzy­szą­cy, a może moment prze­kra­cza­nia mety i czas póź­niej­sze­go bło­gie­go odpo­czyn­ku, ale para­dok­sal­nie czas kie­dy bie­gnę i mdle­ję ze zmę­cze­nia jest jedy­nym cza­sem kie­dy czu­ję, że tak napraw­dę żyję.

Przed star­tem w Choj­nik Mara­to­nie na swo­im kon­cie mia­łem prze­bie­gnię­tych ofi­cjal­nie kil­ka mara­to­nów, zali­czo­nych parę innych bie­gów i kil­ka­na­ście prze­czy­ta­nych arty­ku­łów o bie­gach gór­skich. Podob­no czy­ta­nie dla nie­któ­rych jest rów­nie męczą­ce jak samo bie­ga­nie, tak­że po tak oczy­ta­nym okre­sie przy­go­to­waw­czym posta­no­wi­łem w koń­cu wejść do rze­ki, któ­rą zamie­rza­łem popły­nąć i zapi­sa­łem się na wyżej wspo­mnia­ny mara­ton górski.

Mimo iż mia­łem bie­gać po górach, cel na ten bieg nie był zbyt wygó­ro­wa­ny – ukoń­czyć tra­sę w limi­cie cza­su i zro­bić sobie pod­czas bie­gu kil­ka pamiąt­ko­wych zdjęć.

W koń­cu nad­szedł dzień wycze­ki­wa­ne­go star­tu i wybi­ła „godzi­na zero”, czy­li 2 w nocy, bo o tej godzi­nie musia­łem wstać, by doje­chać na czas. Z tru­dem pod­no­szę się z łóż­ka i robię poran­ną gim­na­sty­kę – góra, dół, góra, dół. Póź­niej to samo z dru­gą powieką.

Uzbro­jo­ny w apa­rat foto­gra­ficz­ny i z resz­tą sprzę­tu do Sobie­szo­wa jadę auto­bu­sem z prze­siad­ką w Jele­niej Górze. W dro­dze pró­bu­ję przy­ciąć koma­ra, ale przez całą podróż mam raczej tyko zamknię­te oczy. Na miej­scu poja­wiam się przed godzi­ną 7 i moim oczom uka­zu­je się uro­kli­wy widok – roz­le­gła , zie­lo­na pola­na, w ser­cu któ­rej znaj­du­je się dosłow­nie wyjeż­dżo­ny plac, a na nim usta­wio­ne namio­ty. Oka­zu­je się, że nawet brak kosiar­ki nie był dla orga­ni­za­to­rów prze­szko­dą w przy­go­to­wa­niu tere­nu pod start – orga­ni­za­to­rzy zamiast kosiar­ką kosi­li tra­wę samo­cho­dem. Bra­wo za kre­atyw­ność. Zaczą­łem się tyl­ko zasta­na­wiać, czy po powro­cie do domu nie usły­szę w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach infor­ma­cji o tajem­ni­czych krę­gach w tra­wie w oko­li­cach Sobieszowa.

Na starcie
Trwa “koszo­na” pod­wo­ziem samo­cho­tu orga­ni­za­to­rów, pre­zen­to­wa­ła się cał­kiem nieźle

W tle za namio­ta­mi widać zale­sio­ne zbo­cza gór, a całość dopeł­nia mgła lek­ko uno­szą­ca się na łąką. Do star­tu mam jesz­cze ponad 2 godzi­ny, więc wynaj­du­ję sobie wygod­ną kamien­ną ław­kę i uci­nam sobie na niej drzemkę.

Pro­ces reje­stra­cji prze­bie­ga spraw­nie i szyb­ko – otrzy­mu­ję swój numer i koszul­kę. Z każ­dą następ­ną minu­tą na pla­cu poja­wia­ją się kolej­ni uczest­ni­cy bie­gu. Ogól­nie panu­je bar­dzo faj­na atmos­fe­ra, czu­ję się jak­bym był na rodzin­nym pik­ni­ku. Humo­ry dopi­su­ją wszyst­kim. Podob­nie jest z pogodą.

Zaczy­nam powo­li prze­bie­rać się w swój strój robo­czy, czy­li strój, w któ­rym mam zamiar pobiec. Co jakiś czas pies orga­ni­za­to­rów pró­bu­je dobrać się do moich Snic­ker­sów, ale muszę przy­znać, że robi to w spo­sób bar­dzo kul­tu­ral­ny i nie­na­chal­ny. Do ple­ca­ka paku­ję rze­czy, któ­re wyda­je mi się, że mogą się przy­dać na tra­sie. Do same­go koń­ca waham się, czy by nie dorzu­cić do tego wszyst­kie­go kilo ślą­skiej i sło­ik z bigo­sem, tak na wszel­ki wypadek.

Czas ma tę wła­ści­wość, że pły­nie tyl­ko w jed­ną stro­nę, więc moment star­tu nie­ubła­ga­nie się zbli­ża, ale mimo wszyst­ko jestem cał­ko­wi­cie spo­koj­ny. Po krót­kiej odpra­wie zrzu­cam jesz­cze zbęd­ne kilo­gra­my w „toj-toj­ku” i oto sto­ję już na linii star­tu. W zasię­gu wzro­ku mam Zamek Choj­nik i aż nie chce mi się wie­rzyć, że dotrę tam dopie­ro za kil­ka godzin.

Trzy… dwa… jeden… START!… i ruszy­li. Na począt­ku powo­li, ospa­le – w koń­cu prze­cież to nie bieg na 100 metrów, ale już po kil­ku­na­stu metrach wszy­scy byli w swo­im wła­ści­wym tem­pie bie­go­wym. Bie­gnę w środ­ku gru­py. Jest pła­sko, więc jest luz, ale chwi­lę póź­niej zaczę­ło się. Na odpra­wie przed­bie­go­wej wspo­mi­na­no coś o dłu­uuuuugim pod­bie­gu zaraz na począt­ku tra­sy jako ele­men­cie koniecz­nej roz­grzew­ki — i rze­czy­wi­ście, orga­ni­za­to­rzy nie okła­my­wa­li nas.

Bie­gnę zatem pod górę, potem pod górę i po chwi­li znów pod górę. Pocie­szam się myślą, że każ­da góra ma swój szczyt, więc na pew­no nie będę tak biegł w nie­skoń­czo­ność. Na tra­sie bie­gu jest dosłow­nie wszyst­ko: ska­ły, kamie­nie, żwir, wysta­ją­ce korze­nie drzew, kału­że, bło­to, a w dół sto­ku pły­nie sobie leni­we stru­myk. Dla mnie, typo­we­go asfal­tow­ca i bie­ga­cza po dro­gach polnych, z pew­no­ścią jest to cie­ka­we uroz­ma­ice­nie tra­sy biegu.

Po jakichś 35 minu­tach docie­ram do pierw­sze­go bufe­tu, gdzie na uczest­ni­ków bie­gu cze­kał już suto zasta­wio­ny stół szwedz­ki. Co praw­da po cichu liczy­łem na jakieś chło­dzo­ne piwo, ale do wybo­ru jest wóda….eeee zna­czy się woda i izo­to­nik — jest zatem dobrze. Do zaką­sza­nia orga­ni­za­to­rzy przy­go­to­wa­li kawał­ki poma­rań­czy, arbu­za, bana­ny i rodzynki.

Delek­tu­ję się swo­im kub­kiem izo­to­ni­ku, a w mię­dzy cza­sie wyprze­dza­ją mnie kolej­ni zawod­ni­cy. Mimo wszyst­ko dalej spo­koj­nie sączę swój izo­to­nik, bo tak napraw­dę jedy­ną oso­bą, z któ­rą dzi­siaj rywa­li­zu­ję jestem ja sam.

Chwi­lę póź­niej ruszam w dal­szą dro­gę. Oka­zu­je się, że zno­wu jest pod górę, ale jakoś szcze­gól­nie mnie to już nie dzi­wi. Posta­na­wiam w koń­cu sko­rzy­stać z kij­ków, któ­re zabra­łem ze sobą, i któ­re to sta­ją się już moim nie­od­łącz­nym towa­rzy­szem do koń­ca bie­gu. Tak jak już wspo­mi­na­łem – był to mój debiut w impre­zie tego typu, więc nie mia­łem zie­lo­ne­go poję­cia jak mój orga­nizm znie­sie taki wysi­łek, więc wołem już od same­go począt­ku oszczę­dzać siły w każ­dy moż­li­wy sposób.

Panorama do śniadania
Pano­ra­ma do śniadania

Dro­ga, któ­rą podą­żam jest na tyle sze­ro­ka, że spo­koj­nie moż­na by tu prze­je­chać tirem. Z lewej stro­ny, co jakiś czas spo­mię­dzy drzew wyła­nia się widok na ogrom­ną doli­nę. Po pra­wej cią­gnie się zale­sio­ne zbo­cze , a wzdłuż dro­gi spły­wa sobie spo­koj­nie, natu­ral­nym tem­pem stru­myk, któ­ry kusi swo­im szu­mem, by na chwi­lę przy­siąść na kamie­niu i zanu­rzyć w nim sto­py. Z tru­dem opie­ram się tej poku­sie i prę wciąż w górę. W koń­cu wybie­gam z lasu na otwar­tą prze­strzeń, gdzie widok zapie­ra mi dech w pier­si, mimo, że i tak już cięż­ko mi się oddy­cha­ło. Dopie­ro teraz na szla­ku poja­wia­ją się więk­sze gru­py tury­stów. Po zasły­sza­nych roz­mo­wach wnio­sku­ję, że są to Cze­si, zatem muszę być już gdzieś w pobli­żu gra­ni­cy z Cze­cha­mi. Mam ocho­tę pozdro­wić mija­nych tury­stów, ale jest jeden mały szko­puł – z języ­kiem cze­skim jest u mnie na bakier. Nagle przy­po­mi­nam sobie o Kre­ci­ku i jego słyn­nym „Ahoj!”. Krzy­czę zatem „ahoj!”, a ludzie niczym echo dopo­wia­da­ją mi „ahoj!” i się uśmiechają.

W odda­li dostrze­gam moją Zie­mię Obie­ca­ną – bufet nr 2. To taki mały sto­lik, a daje tyle rado­ści. Na spo­koj­nie ładu­ję do pie­ca tro­chę kalo­rii i ruszam dalej. Ścież­ka robi się na tyle wąska, że tirem by się tutaj już nie wje­cha­ło – co naj­wy­żej rowe­rem. Po obu stro­nach szla­ku cią­gną się szpa­le­ry drzew, a pod noga­mi kamien­ny dywan. Bie­gnę gra­nią. W porów­na­niu do wcze­śniej­szych odcin­ków, moż­na powie­dzieć, że teren jest wręcz pła­ski , a nawet zaczął lek­ko opa­dać. Czu­ję jak­bym dostał dodat­ko­wy wiatr w żagle, bo znacz­nie przy­spie­szam, ba!, mam wra­że­nie, że odpo­czy­wam bie­gnąc. Wysta­ją­ce z pod­ło­ża kamie­nia bar­dzo uatrak­cyj­nia­ją szlak, przez co jestem mak­sy­mal­nie sku­pio­ny na każ­dym kro­ku, bo o kon­tu­zję w takim tere­nie na pew­no nie jest trud­no. Wszy­scy tury­ści pierz­cha­ją na pobo­cze przed sta­dem roz­pę­dzo­nych kozic gór­skich ( czy­taj zawod­ni­ków). Wie­lu pozdra­wia nas, macha, dopin­gu­je i robi zdję­cia – takie miłe akcen­ty wystę­pu­ją na tra­sie już do same­go końca.

W pew­nym momen­cie przy­po­mi­nam sobie o apa­ra­cie. No prze­cież nie zabie­ra­łem go tyl­ko po to, by robił za zbęd­ny balast, więc zatrzy­mu­ję się i robię tutaj kil­ka zdjęć i póź­niej jesz­cze w paru innych miej­scach na trasie.

Bie­gnę dalej, w sumie teraz to już lecę – tak mnie nogi nio­są do przo­du. Nagle pod noga­mi miga mi coś nie­bie­skie­go. Mija chwi­la zanim uświa­da­miam sobie, że naj­wy­raź­niej ktoś musiał zgu­bić swo­ją opa­skę z chi­pem. Hamu­ję zatem ostro, nawra­cam na pię­cie i już po chwi­li jestem w posia­da­niu dwóch chi­pów. Dia­be­łek, któ­ry przy­siadł na moim ramie­niu pod­po­wia­da mi, by po powro­cie do domu wysta­wić dro­biazg na Alle­gro, ale wkrót­ce kusi­ciel ów zosta­je zdmuch­nię­ty przez pęd wia­tru – tak znów pru­ję do przo­du. Wła­ści­ciel zgu­by odnaj­du­je się dość szyb­ko. Infor­mu­ję go jesz­cze tyl­ko, że podzię­ko­wa­nia przyj­mu­ję na rachu­nek ban­ko­wy, albo osta­tecz­nie w for­mie cze­ku i bie­gnę dalej.

W odda­li sły­chać grzmo­ty i zaczy­na kro­pić deli­kat­nie deszcz.

Mijam jed­no schro­ni­sku, potem dru­gie. Przy trze­cim sta­ję jak wry­ty – no cze­goś takie­go jesz­cze nie widzia­łem. Nie wiem, któ­ry archi­tekt jest auto­rem tego pro­jek­tu, ale podej­rze­wam, że na egza­mi­nach w cza­sie stu­diów musiał korzy­stać ze ściąg. Co praw­da na odpra­wie przy­go­to­wy­wa­no nas men­tal­nie na spo­tka­nie z tą budow­lą, ale rze­czy­wi­stość prze­ro­sła moja wyobra­że­nia. Tro­chę to trwa­ło zanim otrzą­sną­łem się z szo­ku, ale w koń­cu włą­czy­łem tryb bie­gu i ruszy­łem przed sie­bie. Chwi­lę póź­niej wpa­dam w sam śro­dek wyciecz­ki szkol­nej. Każ­dy dzie­ciak chce przy­bić ze mną „piąt­kę”, ale ja nie­ste­ty mam tyl­ko dwie ręce, na doda­tek w jed­nej trzy­mam kij­ki, więc nie daję rady tego ogar­nąć. Infor­mu­ję ich jesz­cze, że jak­by co to auto­gra­fy będę roz­da­wał na mecie i pędzę dalej przed sie­bie. Cho­ciaż wyda­je mi się, że pędzę to zbyt duże sło­wo. Bar­dziej tak pędzę truch­tem. Tra­sa teraz pro­wa­dzi dro­gą, widać robio­ną pod tury­stów – jest rów­na i wysy­pa­na żwi­rem. Stru­myk, któ­ry prze­ci­na ją w poprzek prze­ska­ku­ję z lek­ko­ścią i zwin­no­ścią kozi­cy gór­skiej. Nie­ste­ty, ale lądo­wa­nie led­wo co usta­łem, bo skurcz łyd­ki i towa­rzy­szą­cy mu ból, o mało co nie powa­la mnie na kola­na. Dobrze, że nie widzie­li tego sędzio­wie, bo z pew­no­ścią obni­ży­li­by mi noty za styl. Poza tym wyda­je mi się, że tak jak­by pociem­nia­ło mi tro­chę w oczach, ale to tyl­ko dla­te­go, że czar­ne chmu­ry już szczel­nie pokry­ły nie­bo i zaczę­ło nie­co moc­niej padać. Co jakiś czas sły­chać grzmo­ty w oddali.

Mimo wszyst­ko bie­gnę dalej. Kil­ka­set metrów dalej nagle widocz­ność spa­da do kil­ku­dzie­się­ciu metrów. Nie jestem pewien, ale naj­wi­docz­niej musia­łem wpaść w chmu­rę, albo ona wpa­dła na mnie — „Hmmm… zatem tak wyglą­da cho­dze­nie z gło­wą chmu­rach, o któ­rym tak czę­sto się mówi.” – myślę sobie i ruszam do przo­du twar­do stą­pa­jąc po zie­mi. Wkrót­ce tra­sa bie­gu skrę­ca ostro w lewo na żół­ty szlak i przede mną wyła­nia się dłu­gi, ska­li­sty zbieg – lubię to! Mijam jesz­cze grup­kę ratow­ni­ków, któ­rzy oka­zu­ją się być nie­zbyt mili, bo nie chcą mnie pod­wieźć nawet kawał­ka swo­im wehikułem.

Zaczy­nam pruć niczym fer­ra­ri w dół – aż leci żwir spod moich kopyt. Ponow­nie na zbie­gu uda­je mi się dogo­nić i wyprze­dzić kil­ku zawod­ni­ków. Chy­ba wyglą­da na to, że zbie­gi to moja moc­na stro­na, choć wiem, że mija­nych zawod­ni­ków spo­tkam ponow­nie na naj­bliż­szym pod­bie­gu, gdzie z pew­no­ścią nie będę for­so­wał zbyt­nio tem­pa. Przy koń­cu zbie­gu łapie mnie znów skurcz, ale tym razem jed­no­cze­śnie w obu łyd­kach. Aku­rat obok prze­cho­dzą tury­ści , więc zgry­wam twar­dzie­la i uda­ję, że nic się nie sta­ło, ze wszyst­ko w porząd­ku, choć nie mogę ruszyć żad­ną nogą. Dowia­du­ję się od nich, że lider bie­gu pobłą­dził na tra­sie i przez to stra­cił aż 40 minut (sic!).

Chwi­lę póź­niej prze­bie­gam obok jakiejś cha­ty tudzież gospo­dy. Ska­li­sta ścież­ka, któ­rą się poru­szam prze­cho­dzi w „ziem­ną” , a następ­nie w błot­ną, by w koń­cu zamie­nić się w mały potok z usia­ny­mi gęsto mokry­mi kamie­nia­mi. Tak jakoś przy­pad­ko­wo zło­ży­ło się, że tra­sa bie­gu prze­bie­ga aku­rat środ­kiem tego poto­ku. Tro­chę żału­ję, że nie zabra­łem ze sobą pary gumo­wych kalo­szy. Kamie­nie są bar­dzo śli­skie, więc co jakiś czas nogi roz­jeż­dża­ją mi się w prze­ciw­nych kie­run­kach i pra­wie uda­je mi się zro­bić kil­ka szpa­ga­tów pod­czas tego zbie­gu. Ponow­nie łapią mnie skur­cze, co sta­je się dla mnie bar­dzo dziw­ne. Intu­icja pod­po­wia­da mi , żebym opu­ścił skar­pe­ty kom­pre­su­ją­ce na łyd­kach. O dzi­wo, do koń­ca bie­gu skur­cze omi­ja­ją mnie już sze­ro­kim łukiem. Na tym trud­nym odcin­ku zno­wu uda­je mi się uzy­skać prze­wa­gę, któ­rą ponow­nie tra­cę na pod­bie­gach, ale w moim wyko­na­niu bar­dziej przy­po­mi­na to pod­cho­dy niż podbiegi.

Wybie­gam na leśny dukt i kil­ka­set metrów dalej jest i on – mały sto­li, na widok któ­re­go cie­szą się moje oczy, a naj­bar­dziej ura­do­wa­ny to jest chy­ba mój żołą­dek. Popi­lim, poje­dlim czas zatem ruszać w dro­gę. Bie­gnę leśną dro­gą i jest miło i jest przy­jem­nie, ale tyl­ko do cza­su. Wkrót­ce zaczy­na się dość stro­me podej­ście w kie­run­ku Czar­nej Prze­łę­czy. Miej­sce to z pew­no­ścią zapa­mię­tam na bar­dzo dłu­go, bo wła­śnie tutaj dopa­dło mnie to coś , o czym sły­sza­łem tyl­ko w opo­wia­da­niach, to coś, o czym tyl­ko czy­ta­łem. Pode­szła cicho, by z zasko­cze­nia i zaata­ko­wać z całą swo­ją mocą – tak zwa­na „ścia­na”. Prze­bie­głem kil­ka mara­to­nów, ale nigdy wcze­śniej nie doświad­czy­łem cze­goś takie­go. Nagle ogar­nę­ło mnie ogrom­ne zmę­cze­nie i coraz trud­niej było mi oddy­chać. Nie byłem w sta­nie przejść wię­cej niż 5 metrów bez odpo­czyn­ku. Zaczą­łem wpa­dać w jakiś dziw­ny stan poczu­cia bra­ku sen­su tego co robię. I ten wred­ny gło­sik w gło­wie, któ­ry cią­gle powta­rzał, żebym dał sobie już spo­kój, że w takim tem­pie to i tak już nie zdą­żę dotrzeć do mety w limi­cie cza­su. W naj­więk­szych momen­tach kry­zy­su po pro­stu mia­łem ocho­tę usiąść i zadzwo­nić do GOPR‑u , żeby przy­le­cie­li heli­kop­te­rem i mnie stąd zabrali.

Czarna Przełęcz
Czar­na Przełęcz

5 metrów. Prze­rwa. 5 metrów. Dyszę jak loko­mo­ty­wa. 5 kro­ków. Opie­ram się na kij­kach, by wyrów­nać oddech. W gło­wie mam więk­szy kocioł niż Kotły obok, któ­rych prze­bie­ga­łem wcze­śniej. Przy­po­mi­nam sobie, że ktoś kie­dyś powie­dział mi, że praw­dzi­wa moc ukry­ta jest w gło­wie, a nie w nogach. Zaczy­nam zatem uci­szać ten wred­ny gło­sik i uży­wam do tego celu mało wyszu­ka­nych słów. Nabie­ram z kału­ży wody w dło­nie i oby­wam sobie nią twarz – jest przy­jem­nie chłod­na. Od razu czu­ję się lepiej. Przy­po­mi­nam sobie jesz­cze jeden cytat: „ Ból jest tym­cza­so­wy. Może trwać minu­tę, godzi­nę, albo dzień, albo nawet przez rok, ale w koń­cu ustą­pi … I coś inne­go zaj­mie jego miej­sce. Nato­miast jeże­li się pod­dasz, będzie trwał wiecz­nie.” Posta­na­wiam sobie, że choć miał­bym się czoł­gać to dotrę do tego zamku.

Po dłu­giej i mozol­nej wspi­nacz­ce docie­ram w koń­cu na szczyt góry i stwier­dzam, że wido­ki były war­te tego całe­go bólu. Gdzieś na dnie doli­ny widać jezioro.

Po krót­kim odpo­czyn­ku czu­ję nagły przy­pływ ener­gii i znów chce mi się biec. Od jed­ne­go z uczest­ni­ków dowia­du­ję się, że do mety zosta­ło jesz­cze tyl­ko 14 km, a mam 3h zapa­su, więc wszyst­ko gra i buczy aż miło.

Poru­szam się po tra­sie, któ­ra osta­tecz­ni łączy się z czer­wo­nym szla­kiem. Po dro­dze spo­ty­kam Cze­cha, któ­re­go pytam, czy przy­pad­kiem nie widział prze­bie­ga­ją­cych tedy podob­nych do mnie ludzi. Od dłuż­sze­go cza­su nie natkną­łem się na żad­ne ozna­cze­nie tra­sy, więc wola­łem się upew­nić. Co praw­da musia­ło to śmiesz­nie wyglą­dać, ale język migo­wy wciąż pozo­sta­je naj­bar­dziej uni­wer­sal­nym języ­kiem świata.

Bar­dzo dłu­gim, bo kil­ku­ki­lo­me­tro­wym zbie­giem docie­ram do ostat­nie­go bufe­tu, gdzie cze­ka­ją już prze­pysz­ne poma­rań­cze. Nie wiem dla­cze­go, ale w oko­li­cach 40-tego km one zawsze są takie pysz­ne. Od chło­pa­ków dowia­du­ję się, że do mety zosta­ło jesz­cze 6.8km. Oddy­cham z ulgą i mówię, że teraz to już jakoś doj­dę. Aku­rat w tym momen­cie przy­bie­ga dwóch zawod­ni­ków i ze zdzi­wie­niem mówią: „Doj­dziesz? Prze­cież tak pędzi­łeś, że za Chi­ny nie mogli­śmy Cię dogo­nić.” Nie wiem dla­cze­go byli tacy zdzi­wie­nie, prze­cież gdy­by przez las goni­ło ich dwóch face­tów to z pew­no­ścią też by zasu­wa­li ile tyl­ko sił w nogach.

Bufet
Wita­mi­ny po stro­mym pod­bie­gu — pychota!

Po zno­wu przy­dłu­gim odpo­czyn­ku ruszam by poko­nać ostat­ni odci­nek. Tra­sa wie­dzie teraz już głów­nie mniej lub bar­dziej błot­ni­stą dro­gą leśną. Nie­da­le­ko Zam­ku Choj­nik mam jesz­cze małą sesję zdję­cio­wą, a póź­niej już tyko scho­dy i meta. No wła­śnie, tyl­ko te kamie­ni­ste scho­dy – zapew­ne będą się śnić co nie­któ­rym po nocach. Jak na złość w pobli­żu nie była dostęp­na żad­na win­da, więc nie mając zbyt duże­go pola manew­ru ruszy­łem ostro w górach.

Do tej pory myśla­łem, że do pie­kła scho­dzi się po scho­dach, a nie po nich wcho­dzi. Póź­niej już tyl­ko bieg wzdłuż murów, zam­ko­wa bra­ma i meta usy­tu­owa­na na dzie­dziń­cu, kil­ka­dzie­siąt metrów dalej. Ale to nie była zwy­kła meta. Każ­dy z zawod­ni­ków otrzy­mał swo­ją por­cję braw. Każ­dy z zawod­ni­ków mógł prze­rwać taśmę prze­bie­ga­jąc przez linię mety. Wła­ści­wie to mógł ją wyrwać z rąk orga­ni­za­to­rów. Niby to tyl­ko zwy­kła taśma, ale jest jakaś magia w tym drob­nym dodat­ku do bie­gu, a takie rze­czy dłu­go zapa­da­ją w pamięć. Poza tym każ­dy został uwiecz­nio­ny na zdję­ciu przy prze­kra­cza­niu linii koń­co­wej. A potem każ­dy otrzy­mał swój pamiąt­ko­wy medal, a gorą­cy żurek był już tyl­ko dopeł­nie­nie tego wszystkiego.

Scho­dy do nieba?

W taki oto wła­śnie spo­sób zali­czy­łem swój debiut w bie­gach gór­skich. Nie mam porów­na­nia, więc trud­no oce­niać mi trud­ność tra­sy. Mogę powtó­rzyć tyl­ko zasły­sza­ne opi­nie, że tra­sa była bar­dzo wyma­ga­ją­ca. Z całą jed­nak pew­no­ścią była bar­dzo malow­ni­cza i mia­łem ogrom­ną fraj­dę poko­nu­jąc kolej­ne kilo­me­try. Nie­sa­mo­wi­ta atmos­fe­ra, któ­ra stwo­rzy­li orga­ni­za­to­rzy spo­wo­do­wa­ła, że już chce wra­cać na tra­sę Choj­nik Mara­to­nu. Nawet pisząc ten tekst wciąż uśmie­cham się pod nosem. Oba­wiam się tyl­ko, że w przy­szłym roku już nie będzie tak łatwo zapi­sać się na ten bieg:)

Zapew­ne każ­dy star­to­wał w tym bie­gu z zupeł­nie innych pobu­dek – jed­ni chcie­li powal­czyć o podium, dru­dzy chcie­li popra­wić swo­je cza­sy, jesz­cze inni – po pro­stu ukoń­czyć bieg. Myślę jed­nak, że nie­za­leż­nie od tego co kto zało­żył sobie przed bie­giem, to każ­dy w pew­nym momen­cie docho­dził do gra­ni­cy swo­ich moż­li­wo­ści fizycz­nych bądź psy­chicz­nych i jeże­li był w sta­nie zro­bić krok dalej poza tę gra­ni­cę – to już w tym momen­cie był zwycięzcą.